środa, 18 maja 2016

Los emigrantów i uchodźców nigdy nie był łatwy / The lot of migrants and refugees has never been an easy one

Niezależnie od tego, skąd uciekali, dokąd zmierzali i z jakich powodów. Niedokończona powieść Remarque’a  „Na ziemi obiecanej” nigdy nie zyskała takiej sławy, jak „Na Zachodzie bez zmian” czy „Łuk triumfalny”. Mimo to również ona jest wciąż wznawiana i znajduje nowych czytelników. Opowiada o losach niemieckich uchodźców, głównie Żydów, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych. Zdarzyło mi się, że dwukrotnie zaprojektowałam okładki do tej książki. Pole manewru było stosunkowo niewielkie. Z góry było wiadomo, że muszę wykorzystać wizerunek Nowego Jorku. Ponadto jedno z wydań musiało zachować layout właściwy całej serii Perły literatury. Może właśnie dlatego mam większe przekonanie do tej monochromatycznej, utrzymanej w tonacji sepii, troszkę zasnutej mgiełką. Bo jest w niej  odczuwalny ogrom Wielkiego Jabłka, ale zarazem smutek i nostalgia, które towarzyszyły tym, którzy schodzili z trapów przy brzegu Ellis Island.

No matter where they have fled from, where they are headed, and for what reasons. Although Remarque’s unfinished novel "The Promised Land" could never match "All Quiet on the Western Front" nor "Arch of Triumph" in terms of fame, it is still reprinted to this day and still finds new readers. It tells the story of refugees from Germany, mainly Jews, who arrived in the United States. I happen to have designed two cover arts for this book. There was relatively little room for experimentation. I knew from the start that I had to use an image of New York City. Moreover, one of the editions had to have the trademark layout of the entire "Pearls of Literature" series. I guess that is why I’m more in favour of the monochrome, sepia-tone, slightly foggy cover. This is because it projects a sense not only of the vastness of the Big Apple, but also the melancholy and nostalgia that accompanied those who were stepping down the gangway onto the coast of Ellis Island.

 

poniedziałek, 16 maja 2016

Barnaba Uszkier trenuje wschodnie sztuki walki

Tak samo jak Agnieszka Pruska, która powołała do życia tę postać gdańskiego komisarza. Stało się to już kilka lat temu, w debiutanckiej powieści „Literat”. Pisanie kryminałów jest nielekką pracą, trening fizyczny na pewno się przydaje. Konkurencja – już nie światowa, nawet nie rodzima, ale regionalna, pomorska – olbrzymia. Potrzeba dużej wytrwałości, by zaistnieć i skupić wokół siebie (a właściwie wykreowanej postaci wiodącej) oddane grono czytelników. Barnaba Uszkier powrócił w drugiej powieści „Hobbysta”. I nie ma co ukrywać – powrócił statecznie. Nie ma co oczekiwać nagłych zwrotów akcji, zaskakujących strzelanek, alkoholizmu, inwalidztwa, nieprawdopodobnych motywów ideologicznych i czym tam jeszcze dzisiejszy kryminał lubi epatować. Jest żmudna praca śledczego. On jest po to, by wszelkimi sposobami wyjaśnić zagadkę zbrodni. Niezbyt spektakularne. To taka literatura kryminalna, która nomen omen jest blisko życia.
Już wkrótce będzie można po raz trzeci przyjrzeć się pracy komisarza Uszkiera, bo Oficynka zapowiada kolejną książkę Agnieszki Pruskiej, której tytuł, zgodnie z tradycją, jest jednowyrazowy: „Żeglarz”. No cóż, jednego można być pewnym, nigdzie znad morza się nie wyprowadzimy. Ale właściwie nie ma powodu, skoro autorka jest członkinią Oliwskiego Klubu Kryminału. Taka przynależność zobowiązuje. Projektowałam okładki do bardzo wielu kryminałów, dobrze znam arsenał efektów specjalnych, jakie są stosowane przy tego typu pracy. To elementarz, a zarazem kuchnia pracy projektanta użytkowego. Jednak przy książkach Agnieszki Pruskiej postanowiłam zmienić metodę. Postawiłam na oszczędność, brak dosłowności, a może nawet szczyptę poetyckości. Tak mi to pasowało. Ciekawa jestem, jak spodoba się „Żeglarz”. Barnaba Uszkier w każdym razie nie zarzucił treningu.