piątek, 25 marca 2016

Mawia się, że kto płaci, ten wymaga / As the saying goes, he who pays the piper calls the tune

Ta starożytna chyba zasada obowiązuje także w pracy grafika. W imię konsensusu musi się on czasem godzić na kompromisy. Tak też było w przypadku „Braku tchu” George’a Orwella. Ja nigdy nie kryłam, że przepadam za grafiką, grafika mnie rajcuje, wydawca zaś preferuje fotografię obyczajowo-etnograficzną. Powstaje w ten sposób… kulturotwórcza różnorodność. Jednak książka jedna. Ale najważniejsze, że jest, a kto by tam kopie kruszył o oberżę „Pod Czerwonym Lwem” w niejakim Henley nad Tamizą miast zadumanego nad brzegiem rzeki dżentelmena. Oby dylematy polegały tylko na konieczności wyboru między zupełnie dobrym a całkiem lepszym!
Dodam tylko, że ten akurat Orwell to jeden z moich ulubionych. Nawet bez wędki.

This age-old principle also applies to graphic designers, who sometimes have to agree to trade-offs for the sake of a consensus. This was the case with George Orwell’s "Coming Up for Air". I am personally very fond of the art of printmaking – something I have never tried to hide my passion for. The publisher, however, prefers ethnographic, everyday life photography. The result is... culture-building diversity. Yet there was only one book to design a cover for. What matters is that it’s been done... and what is the point in arguing over having the Red Lion Hotel in Henley-on-Thames instead of a pensive gentleman by a riverside? May all dilemmas be about having to choose between something perfectly good and something even better!
I’ll just add that this particular book is one of my favourites by Orwell. Even without a fishing rod.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz